wtorek, 15 maja 2018

O ptakach uczących się latać i ludziach uczących się skakać na pociągi.

Może faktycznie, żeby nauczyć się latać, trzeba odważyć się wyskoczyć z gniazda.
Żeby zobaczyć naprawdę świat, trzeba zaryzykować. I kiedy poleci się już raz, posmakuje się nowego doznania, pełnego swobody, poczucia wolności, będzie chciało się już latać zawsze.
Tak jak ptaki.

Islandia jest dla ptaków istnym rajem. Widać to nawet zza mojego okna. Po trawniku biegają śliczne siewki złote, będące tu symbolem początku lata. Gdy rano idę na autobus, który ma mnie zawieźć do pracy, słyszę nie tylko szpaki i wróble, ale mewy i kuliki. Często tuż pod moimi nogami przelatują cudowne czarno- białe ostrygojady. Ich dzioby i nogi są tak czerwone, że zdają się być żywą, tętniczą krwią.
Nieraz to właśnie krzyk mew budzi mnie rano. Ich kłótnie albo...krakanie kurków. Tych jest tu również sporo. I to przecież kruk towarzyszył nam podczas pierwszego poranku na Islandii, w samem sercu miasta. Spotkaliśmy go idąc po nasz pierwszy islandzki chleb, tuż po świcie, kiedy siedział na latarni i najzwyczajniej w świecie jadł swój posiłek i jakby próbował się przywitać. To krucze gniazdo znaleźliśmy 5 kilometrów od naszego domu, tuż pod skalnym nawisem, to je czasem chcemy odwiedzać i sprawdzać, jak ma się nasza ulubiona krucza rodzina, żyjąca w tym innym świecie, całkiem pozbawionym drzew.

Wydawałoby się, że skoro nie ma drzew, lasów, to nie ma tu życia. Można się szalenie pomylić. Bywa go tu więcej, niż w lasach. Tylko trzeba się mu uważniej przyjrzeć. Zatrzymać na chwilę. Posłuchać.
Trzeba wyczuć ciszę. Dlatego to ptaki mają tu swój raj, nawet jeśli nie ma drzew.
Ale gdzie budują gniazda?
Wprost na ziemi. Choć tam mogą im nieraz zagrażać pojedyncze polarne lisy, które przemykają pomiędzy zaroślami.
Jednak wiele ptaków znalazło lepsze miejsca. Tuż nad brzegiem morza.
Klify, których jest w Islandii niezliczona ilość.
To dlatego żyją tutaj burzyki i wydrzyki. Niezliczone gatunki mew. Alki. Maskonury, których połowa światowej populacji gniazduje właśnie tutaj. Jest ich tyle, że Wyspiarze przez wieki jedli ich mięso ( jednak przez zainteresowanie turystów tymże produktem ma być wprowadzony zakaz polowania na te piękne ptaki). Ich zabawne, piękne postacie stały się nawet nieoficjalnym symbolem Islandii.
Nie widziałam jeszcze maskonurów, choć jest to jedno z moich marzeń, podobnie jak zobaczenie zorzy polarnej i wyskakujących ponad wodę humbaków.

Wczoraj jednak miałam okazję zobaczyć już niektóre cuda Islandii. Parująca ziemia, dymiące kratery niespełna 20 kilometrów od naszego domu? Istny cud geotermalny na półwyspie Reykjanes, północny kraniec półwyspu. Dymiący, parujący, wrzący.




Parująca ziemia, istny Mars na Błękitnej Planecie w zasięgu ręki robi wrażenie. Najcudowniejsze jednak jest, jak szybko wszystko się zmienia. Ulega przekształceniu.
Idziesz kawałek dalej i widzisz ulubioną latarnię morską Islandczyków. Góruje nad krajobrazem i możesz sobie wyobrażać tylko, jak zbudowana w 1909 roku jeszcze przez Duńczyków, uratowała wiele statków. Jak nadal rozświetla ten północny kraniec półwyspu, który jest tak niedaleko twojego domu.



Idziesz kawałek dalej i....widzisz je. Klify i brzeg morza.


Kamienie, które na zdjęciu wydają się tak małe, a które sięgają ci do kolan nieraz. Na których tak łatwo się poślizgnąć, ale po których stąpasz, by dojść tam, pod sam klif. I zobaczyć szybujące nad oceanem ptaki.



Gdy już wysmaga cię wiatr, chcesz pobiec wręcz na górę i zobaczyć, jak czują się one. Ptaki. bo z góry jest całkiem inaczej.


Stałam na klifie, razem z Mężem i moimi nowymi znajomymi. W pełnym skupieniu. Podziwiałam ptaki, słyszałam rozbijające się o skały morze. Widziałam daleko płynące statki, nie wiadomo skąd, jak, gdzie, dokąd. Skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy?
Mewy szybowały na silnym, mokrym i słonym wietrze, który i mnie smagał po twarzy. W pewien sposób im zazdrościłam, podziwiałam ich zwrotność, sprawność. Pomyślałam też o tym, jak pierwszy raz musiały wyskoczyć z gniazda. Każda z nich.
Nie skakały z gniazd na drzewach, tylko z klifów. Wprost w rozpędzona, lodowatą kipiel. rozwijały skrzydła gdy wiał polarny, słony wiatr. I...udało im się. Nauczyły się latać.

Pomyślałam o nas. O mnie i o moim mężu.
Też skoczyliśmy. Też...uczymy się latać. I sami już wiemy, jak apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jak świat staje się mały, gdy skoczysz po raz pierwszy i poczujesz ten zapach, ten zew. To budzi dawne marzenia, tęsknoty, plany które...kiedyś wydawały się nierealne, a teraz zdają się być w zasięgu ręki.
Polecieliśmy po raz pierwszy, tuż nad zimnym oceanem, wprost w prawie polarne zimno i....uczymy się tak latać. Gdzie zaprowadzą nas nowo wytworzone skrzydła?
Chyba już wiemy, gdzie mogą. Ale...to będzie mały sekret. Mały, szalony plan za parę lat....
Przecież Islandia też wydawała się szaleństwem.
A wczoraj stałam tuż nad parującą ziemią. Widziałam ptaki latające nad islandzkimi klifami, które zrodziły się wprost z samego serca ziemi, z lawy. Widziałam czarne plaże. A to dopiero początek islandzkiej przygody. Tyle jeszcze przed nami.
Poznanie tego kraju i ....nauczenie się tak wiele od ptaków w ich małym, mroźnym raju.
One skaczą z klifów by latać....czy my nie możemy skakać na kolejne pociągi, skoro zmierzają w tak różnych kierunkach?



Obserwowałem pociągi
Sprawnie toczące się po torach

Skakałem na nie bez długich pożegnań
Aby odkryć kodeks życiowy
By łamać go zawodowo
I klucz do cygańskiego autopilota
I historie do opowiadania.! 

środa, 9 maja 2018

O życiu na Wieży Babel, czyli znów o ludzkich historiach słów kilka.

Język angielski nigdy nie był moim językiem.
Nigdy się go nie uczyłam. W szkole, od podstawówki narzucono mi język niemiecki. W liceum sama, może trochę nieroztropnie, bardzo zakochana w Dostojewskim i czująca wówczas pociąg do Wschodu, wybrałam rosyjski. Angielski, który był już przecież wtedy językiem międzynarodowym, zawsze był gdzieś obok. 
Nigdy nie uczyłam się angielskiego. Teraz jest nagle jest moim drugim językiem. Tym, którym posługuję się w pracy, tym, w którym rozmawiam. Przeszłam rozmowy kwalifikacyjne w języku angielskim. Założyłam konto w banku mówiąc po angielsku. Po angielsku rozmawiam ze współpracownikami, dyskutując, co jeszcze i jak musimy zrobić, bo po swojej stornie kuchni nie mam żadnego Polaka ( choć tych jest chyba na lotnisku najwięcej). Jak to się stało? 
Sama nie mam zielonego pojęcia. Od jakiegoś czasu śmieję się, że mówię po prostu "internetem". Bo przez internet, muzykę, filmy nauczyłam się tego języka. Nauczyłam to może za dużo powiedziane. Wchłonęłam. Na tyle, że potrafię powiedzieć swojemu ulubionemu Norwegowi, że "ta muzyka sprawia, że atomy w moim ciele i duszy układają się w odpowiednich miejscach". Na tyle, żeby móc porozmawiać z nim o przemianach energii i najnowszym odcinku serialu, który oboje oglądamy.  Chyba nie jest źle. 
Nie mówię doskonale. Moja gramatyka to typowy język Kalego. Nieraz jestem sfrustrowana i szukam odpowiedniego słowa, macham rękami ( co czyni mnie ponoć podobną do naszego hinduskiego kucharza), więcej słucham niż mówię ale...i tak umiem się dogadać. Na tyle, że mało kto wierzy mi, iż angielskiego nigdy się nie uczyłam. Chyba tylko Norweg nie wątpi w moje słowa, bo sam nauczył się angielskiego z telewizji. W norweskiej tv nie tłumaczyli angielskich programów. 
Wiem, że nieraz kaleczę gramatykę jak dziecko i mam okropny akcent. Przez swoją wadę wymowy nie ma szans, żebym powiedziała cokolwiek dobrze w zbitce "th". Ale najważniejsze, że się rozumiemy,mimo że to momentami naprawdę mowa ciała, pokazywanie na migi, cmokanie i wydawanie jakichś dziwnych parsknięć. Na pewno w moim wypadku. 

Ale najważniejsze, że się rozumiemy. Jakoś. Dogadujemy.
Myślę, że ta zasada dotyczy nie tylko języka. Choć może w nim się zaczyna i na nim kończy. 
Pracuję bowiem w miejscu, gdzie języki mieszają się ze sobą jak na przysłowiowej Wieży Babel. Ale czy mogłoby być inaczej na lotnisku? 

W angielskie słowa wplatam już islandzkie laukur i skinka, czyli cebula i szynka. Make some pizza with skinka! krzyczę nieraz z drugiego końca kuchni do Norwega. Przy okienku kochana, uśmiechnięta Boliwijka mówi mi dziękuję, a ja nieraz śpiewnie mówię do niej gracias. Uśmiechnięta mówię Prosit! kichającemu przez nadmiar pieprzu Norwegowi, bo przecież uczyłam się norweskiego, śmieję się, gdy widzę jego zaskoczenie i próbę trzymania fasonu, gdy odpowiada mi jak gdyby nigdy nic Mange takk!- bo przecież mało kto zna norweski, nawet na Islandii. Uczę się dziwnego hindusko- angielskiego narzecza naszego kucharza, który naprawdę mówi nieraz za szybko. Wiem już, że niemiała to po chorwacku przepraszam, co wydaje mi się nawet logiczne, patrząc na powiązania języków. 

W jakiś sposób żyję na mitycznej Wieży Babel. I podoba mi się jak cholera. 
Właściwie, to chyba zawsze chciałam na niej zamieszkać. 

Islandia, sama w sobie nie jest żadnym kulturowym tyglem, powiedzmy sobie uczciwie. Oprócz Islandczyków, których jest około 350 tysięcy, najwięcej jest tu Polaków i Litwinów. Nie dziwi to chyba nikogo. 
Na ulicy w islandzkich wioskach, poza sezonem turystycznym który trwa od czerwca do września, nie spotka się raczej nikogo z semickimi rysami, z ciemniejszą skórą, mówiącego z dziwnym południowym akcentem. Mieszkają tu jednak głównie Islandczycy. Być może dlatego, że jednak mało kto poza nimi wytrzyma ich zimę i kapryśny klimat wyspy. Zresztą, nawet gdy zakładaliśmy konto w banku bardzo przyjemna Islandka powiedziała nam, że tak naprawdę zdecydujemy czy tu zostajemy po pierwszej zimie. 
W każdym razie, jednak na Islandii żyją głównie Islandczycy, którzy są dość specyficznym narodem, bardzo hermetycznym genetycznie. Tak bardzo, że istnieją nawet choroby, o których raczej nie mówią. 

Na ulicy widzi się głównie Islandczyków.  Na ulicach...może poza moim osiedlem. Moim pobliskim miastem, które wyrosło na ziemi niczyjej, przejętej przez Islandię po latach dzierżawy przez amerykańską armię. 
Tak, tu też jest najwięcej Polaków i Litwinów. Słychać nawet częściej polski czy litewski, niż islandzki....
Ale potem idę do pracy. 
Tu nie obowiązuje nawet islandzki, mimo napisów na ścianach w tym języku. Tu rządzi angielski i zasada "najważniejsze to się dogadać". Albo jak mówi mój Norweg, najważniejsze to żyć po swojemu i szanować wszystkich dookoła. 

Być może dla wielu ludzi byłoby to trudne. Pracuję na Wieży Babel. W miejscu, gdzie spotyka się wiele języków. Wiele kultur. Wiele religii. Wiele odcieni skóry. Wiele orientacji, sposobów na życie. 
Spotyka się ich tak wiele i....nagle okazuje się, że można. Można po prostu się dogadać ze sobą. Szanować się nawzajem. Mieć nawet w stosunku do siebie pewnego rodzaju czułość i ciekawość. I to bez sztywnych zasad narzucanej poprawności politycznej, tylko z humorem i lekkimi docinkami, które śmieszą, a nie stresują. 

Można śmiać się, że nasz Hindus znów za mocno przyprawił ostrą papryką obiad dla pracowników. Można zaśmiać się razem z naszym transwestytą, że zapomniał się dogolić i już nie jest taki śliczny. Można doznać szoku, że Norwegoislandczyk nie pije kawy, bo przecież Skandynawowie piją ją litrami, a to też stereotyp. Można się śmiać z typowego "a morgun" islandzkich szefów. I nikt nie czuje się urażony, bo na Wieży Babel potrzebne jest poczucie humoru i dystans. Bez tych rzeczy wszyscy byśmy zginęli, a nasza wieża runęłaby jak ta mityczna. 
Tylko że nad nami nie czuwa żaden srogi bóg. Nagle okazuje się, że człowiek może być człowiekowi....po prostu człowiekiem. I to bez żadnych większych i głębszych idei. I kto wie, może i w micie ludzie mogliby się porozumieć, gdyby byli zostawieni sami sobie? Może mury zburzono by między nimi. A Wieża złożona z cegieł tysięcy historii wcale nie zachwiałby się w posadach. 

Można żyć na Wieży Babel, świetnie się na niej czuć i dobrze się bawić. Można przede wszystkim się wiele nauczyć. Języków...ale i czegoś więcej. 
Można nauczyć się, jak prawdziwie tańczy się salsę od dziewczyny z Boliwii. Można nauczyć się, jakie są najostrzejsze przyprawy świata i nauczyć się tu trochę na swoich błędach. Można...
Można po prostu słuchać, poznawać historię i uczyć się wiele, wiele o świecie. Dowiadywać się, jak naprawdę wygląda świat, różny, naprawdę różny świat oczami innych ludzi. I można dowiedzieć się też wiele o sobie. Myślę, że to jedna z najważniejszych lekcji. 

Znałam kiedyś pewnego kolekcjonera opowieści. Tego, który sam mówił, że jego życie jest tylko opowieścią. Miał cholerną rację. Opowieści to najważniejsze, co znajdujemy w życiu. Te, które toczą się słowem, piszą się myślą....ale wpisują się najgłębiej w nasze serce. Szumią tętnem naszej krwi, wirują w pierwotnym rytmie i wypalają wzory na źrenicy. 

I ja chcę słuchać tak wielu opowieści, pisząc przy tym własną. 
Czy życie w zetknięciu z Wieżą Babel nie jest świetnym na to początkiem? Jakimś początkiem, jakimś rozwinięciem, jakimś zakończeniem?
Czy życie na Wieży Babel nie jest sposobem na spojrzenie innym w oczy i zobaczenie w nich, jak spadają też niektóre nasze maski i pozy? Czy to  właśnie  Wieża Babel  może być jednym z najlepszych miejsc, by odkryć siebie na nowo, Ja w zetknięciu z całkiem dalekim Ty? Odkryć świat? Znów sprawić, że kolejne wszechświaty zderzą się ze sobą i nie będzie to katastrofą?


Wołam: Babel! Babel! Spójrz nam nie teraz!
Wtem ściany mojego miasta się rozpadają
Pytasz, gdzie będziemy stać, gdy zawyje wiatr
Bo wszystko, co zawyje, wślizgnie się w chmurę
Więc zejdź ze swej góry i stań, gdzie my byliśmy
Wiesz, że nasz oddech bywa słaby, a ciało chude
Przyciśnij mój nos do szkła, które przyobleka twe serce
Wybudujesz swe mury, a ja zagram na twą cholerną cześć
By zburzyć, by zburzyć
cóż, zamierzam je zburzyć!
Ponieważ znam swoją słabość, swój głos, ale wierzę w łaskę i wybór
I wiem, że moje serce prawdopodobnie jest farsą
Ale urodzę się bez maski
***
Mieliśmy chwilę na złapanie oddechu w swojej kuchni. Mniejszy ruch. Można usiąść, napić się wody. Można stanąć w naszym okienku, opierając się o blat. Ramię przy ramieniu, bo mieszczą się tam akurat dwie osoby. 
Zamknięci w kuchni, z oknem na główną scenę Wieży. Z oknem na świat. 
- Spójrz na tych wszystkich ludzi.- powiedział zmęczony dość i zamyślony Norweg, w dziwnej dla niego zadumie. Z reguły jest przecież ślizgaczem albo błaznem.
-...?
-To co widzimy jest jak wierzchołek góry lodowej. 
-Ale to było głębokie!- zaśmiałam się z ironią, jak to ja. 
-Haha. 
-Nie, w porządku, wiem o co ci chodzi. 
-Idą, biegną, witają się, żegnają, mijasz ich a każdy...
-Każdy ma swoją własną historię, wiem. 
-Jak ty i ja. 
-Tak. Jak ty i ja. 

niedziela, 6 maja 2018

O islandzkiej zmiennej pogodzie i stałych ludzkich uczuciach słów kilka.

Pogoda na Islandii zmienia się co 15 minut. A czasem nawet i co 5.
Widzisz za oknem piękne, rozgrzewające słońce. Po chwili zrywa się wiatr, który ścina cię dosłownie z nóg i wyrywa ci z rąk siatkę z zakupami, zdziera z ciebie plecak, wciska się w każdą możliwą szparę i wślizguje pod ubranie jak podstępny wąż. Masz wrażenie, że bierzesz jakiś lodowaty prysznic, wpadłaś do zimnego Atlantyku i jesteś zmuszona do kąpieli. Ale i z tą nie ma najmniejszego problemu. Wiatr przepędza chmury, wprost znad oceanu, nad ocean przybyły z Kanady, a może Grenlandii. W kolejnej minucie z tych chmur spada ulewny, marznący na czapce i kurtce deszcz. Deszcz zmieniający się w grad i deszcz, sam grad, śnieg. Tylko że śnieg to nie wirujące, urokliwe płateczki, to igły lodu bijące ci po twarzy. Idziesz kawałek dalej i znów wychodzi słońce. Musisz iść pod wiatr, prawdziwy wiatr, nie to co polskie orkany. Regularny islandzki wiatr jest gorszy niż to, co w Polsce uznaje się za wichurę. Ale idziesz już w słońcu. Widzisz cokolwiek. Robi się ciepło, a po paru minutach...
Pogoda zmienia się tu dosłownie co parę minut. Zwykła wyprawa do sklepu, który jest oddalony o 2 km od naszego miejsca zamieszkania potrafi zmienić się w przygodę. Nic dziwnego, że to pogoda jest jednym z głównych tematów rozmów Islandczyków, a jej opisy i prognozy zajmują dosłownie pierwsze miejsca na stronach gazet ( tuż obok wieści o tym, jak w centrum stolicy policjanci ratowali kota, który utknął na drzewie). Przy zwykłym wyjściu do sklepu bowiem musisz być człowiekiem gotowym na wszystko. Zawsze mieć przy sobie czapkę i rękawiczki. Dobrze by było, gdyby w plecaku nosiło się spodnie chroniące od wiatru, takie jak noszą narciarze.
Mamy piękne islandzkie lato.

Pogoda w Islandii jest zmienna i uczy człowieka, że trzeba być gotowym na wszystko. Trochę jak w życiu.
Pogoda jest zmienna i trudna- ale czy takie muszą być też ludzkie uczucia?
Mam wrażenie, że wielu ludzi tak sądzi.

Już przed wyjazdem słyszałam, że powinnam uważać, jadąc za granicę. Mam bardzo przystojnego, zabawnego męża, faceta z jajami, a ponoć Islandki szukają" nowej krwi" czy też "nowych genów". Najzabawniejsze, że usłyszałam to od swojej lekarki, do której udałam się po recepty na stale przyjmowane przez siebie leki, tak, żeby wystarczyło mi na pół roku. Nie chciałam się wdawać w żadną dyskusję ani bawić się w cięte riposty. Ot, wizyta lekarska, głupie żarty.
Innym razem słyszałam podobne zdanie od dziewczyn w pracy. Czy nie boję się, że ktoś mi w innej rzeczywistości odbije męża? Dobra, wiem, nie jestem żadną pięknością. Wręcz przeciwnie. Ale sądzę, że gdyby Mąż miał mnie zostawić, zdradzić, porzucić...to równie dobrze mógłby zrobić to w Polsce.
W ciągu pierwszych dni na Islandii dowiedzieliśmy się znów od ekipy emigranckiej, że wiele par się tu rozstaje. Z jednej strony mnie to nie dziwi. Początki życia na emigracji są trudne, czasem to brak osobistej przestrzeni, pewne rzeczy się uwypuklają, inne zacierają. Ludzie się zmieniają. W porządku. Wiele par się rozstaje, rozwodzi...ale czy to znaczy, że wszyscy mamy podlegać tej samej regule?
W pierwszych dniach pracy zauważyłam, że faktycznie, parę dziewczyn z pracy, Polek a nie Islandek, było zawiedzionych, gdy dowiedziały się, że ten nowy facet z jednej z restauracji, te wysoki ciemny i przystojny jest zaobrączkowany. Może nie przyodziały kiru żałobnego, bo przy mnie im nie wypadało, ale zwłaszcza u jednej z nich było widać pewne rozczarowanie. Powinnaś być zazdrosna, usłyszałam. Chwila. Jak powinnam być zazdrosna, skoro nikt nic nie zrobił?

Wysoki, przystojny mąż. Zaklepany przeze mnie. Ale co ze mną? Cóż, okazało się, że i ja powinnam się pilnować. A może powinien się pilnować bardziej mój ulubiony Norweg, z którym pracuję. Pół- żartem a pół- serio puszczane aluzje w pewnym momencie były tyle zabawne, co może i wręcz groteskowe.
-Wiesz, że ona jest mężatką?- powiedziała po angielsku w końcu jedna z Polek, z którymi leciałam jednym samolotem, do Norwega, kiedy bawiliśmy się w kuchni w najlepsze, tańcząc do Shakiry po tym, kiedy inna koleżanka z frontu restauracji stwierdziła, że jesteśmy we dwoje jak jakiś jebany dream team.
-Wiem, no i...?- odpowiedział on, mając już przygotowaną chyba jakąś głupią odzywkę.
-Chwila- nie mogłam się nie wtrącić- czy to jakaś odmiana rasizmu wobec ludzi zamężnych? Jestem gorsza bo jestem mężatką? Masz z tym jakiś problem? - zaczęłam się śmiać, obracając, jak to ja, wszystko w żart. A ona zaczęła się nagle tłumaczyć. Że przecież i ona ma męża i nieraz tak jej cisnęli i...
-Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe- powiedziałam jeszcze po polsku i wróciłam do tańczenia z Norwegiem i płakaniem ze śmiechu przez jego durne teksty.

Między Bogiem w prawdą nieraz i w Polsce słyszałam podobne uwagi. Ludzie kochają patrzeć nam na ręce i zwracać uwagę. Pilnować. Nieraz drobnymi aluzjami albo całkiem wprost mówiono mi, że mężatce nie wypada...no właśnie, czego nie wypada? Kumplować się po prostu z jakimś facetem? Żartować? Gadać żartobliwie o seksie, bo po prostu lubi się ten zboczony rodzaj humoru? Czy mojemu mężowi nie wypada żartować z innymi kobietami, rozmawiać z nimi? Czy małżeństwo, a nawet banalne bycie razem zamyka nas w klatce? Może, zwyczajem średniowiecza, powinniśmy się zamurować żywcem?
Ja nigdy w klatce zamknąć się nie dałam, a cudze uwagi, mówiące mi o tym, że czegoś mi nie wypada, puszczałam mimo uszu. Ludzie nie muszą mnie pilnować. Czasem mam wrażenie, że zwracają uwagę w ten sposób, bo może...sami mają myśli, do których nie chcą się przyznać?

Istnieją konwenanse, których nie uznaję. Podobnie jak mój mąż.
Wiemy o nich. Tak samo jak wiemy, że ludzkie uczucia się zmienne. Choć może nie tak bardzo, jak islandzka pogoda. Przynajmniej nie u wszystkich.

Absurdem byłoby twierdzenie, że mam pewność, iż nigdy, przenigdy się nie rozstaniemy. Wiem, że w życiu wszystko jest możliwe. Zresztą, dlatego nikt nigdy nie zmusiłby mnie do przysięgania aż do śmierci, bowiem nie obiecam nigdy niczego, czego nie jestem pewna.
Czy mogę być pewna swojej miłości rozciągniętej w czasie? Jestem jej pewna tu i teraz. Tak jak tego jasnego, aż nadmiernie jasnego, islandzkiego słońca za oknem. Moja miłość, tak jak i jego, świeci i ogrzewa nas tu i teraz.Co więcej, nawet gdy pada, gdy wieje, wiem, że to słońce gdzieś jest. Skryte za chmurami. Sprawiające, że jest tak jasno, że noc niczym prawie nie różni się od dnia.
To słońce jest.  Tak jak istnieją uczucia.

Wiele par rozstaje się na emigracji. To święta prawda. Wiele osób przyjeżdża tutaj i nagle okazuje się, że w innej rzeczywistości pragną czegoś innego od życia. Podróże zmieniają, znajdują w nas nowe rzeczy, kształtują. Przed oczami ukazują się nam nowe drogi. Czasem okazuje się, że te drogi dwojga ludzi nie są w stanie biec już koło siebie. To się zdarza.
Ale...czy tak samo nie zdarza się to po prostu w życiu?
Zaświtała mi w głowie pewna myśl. Owszem, wiele par rozstaje się, gdy przyjeżdżają do innego kraju. Gdy przyjeżdżają na Islandię. Ale czy ludzie nie rozstają się ze sobą po prostu? Niezależnie od miejsca, od tego, czy podróżują, czy spłacają kredyt budując dom w kraju, w którym się urodzili?
Wystarczy każda większa zmiana. Narodziny dziecka. Śmierć kogoś bliskiego, która tak zmienia człowieka, że odsuwa się od innych bliskich. Zmiana pracy. Różnice w zarobkach. Czasem wystarczy rutyna. Nudny seks albo jego brak. Zdrada. Zakochanie w kimś innym. Różne cele w życiu. Zamieszanie, które wprowadzają teściowie. Czasem miłość wypala się po prostu i nie ma żadnego powodu. Czasem przestajemy się kochać i...czy można być wtedy ze sobą na siłę?

Ludzie są ze sobą. Kochają się, splatają swoje życia, próbując stworzyć coś razem. Czasem ta budowla upada i nie ma w tym nic złego. Ludzie są ze sobą, ludzie się rozstają. Czasem mają wielki powód, widzą, co ich zmieniło. Czasem to drobne, niepozorne zmiany, które sprawiają, że uczucie to za mało. I to jest w porządku.
To, że ludzie od siebie odchodzą jest jak najbardziej w porządku. Owszem, to przykre. Rozstanie rani obie strony, nie zawsze w ten sam sposób, ale wbija ostre pazury w serca i ściska je boleśnie. To często przewrócenie życia do góry nogami, i to nie tylko życia tych dwojga ludzi, ale wielu innych dookoła. To łzy, ból i nauka. To nic przyjemnego. Ale jest w porządku.

Nie myślcie, że chcę odejść od swojego męża i znaleźć sobie jakiegoś przystojnego Islandczyka ( hah, a może Norwega?) na emigracji. Nic z tych rzeczy. Kocham mojego męża najbardziej na świecie, czuję się przy nim bezpiecznie, czuję się przy nim kobietą i mogę śmiać się przy nim jak dziecko, do łez. Jest dla mnie domem, oparciem, namiętnością i rozkoszą. Czuję miłość aż po czubki palców i chcę z nim być, nieprzerwanie od prawie 10 lat, pomimo dwóch poważnych kryzysów, które mieliśmy po drodze. Jest mi z nim po prostu dobrze.
Lecz, gdyby kiedykolwiek przestało....myślę, że odejść jest bardziej w porządku, niż męczyć się ze sobą z powodu jakichś irracjonalnych najczęściej lęków. Myślę, że odejść jest bardziej w porządku, niż być ze sobą na siłę.
Tak, wolałabym być sama, niż zmuszać się do czegokolwiek.
I jeśli Islandia zmieniłaby nasze uczucia tak, jak zmienia się tu pogoda...czy pozostałoby mi coś innego, niż po prostu zacząć na nowo, po swojemu?

Wiem jednak, że nasze uczucia nie są pogodą. Czasem mam wrażenie, że ta miłość jest jak słońce. Ale tak naprawdę, to tylko my. Ja i on. W każdym pięknym dniu, który być może będziemy wspominać podczas wspólnej starości. Bo na nią przecież też jest nadzieja.
Nasze uczucia nie są islandzką pogodą i dlatego tyle razy już przetrwaliśmy burze, mróz i ulewne deszcze. Rutynę codzienności, śmierć bliskich, zazdrość i ból, który sprawiał każdy pozór zdrady. Przetrwaliśmy choroby, lęki. Zawsze jakoś wspólnie planując, patrząc w przyszłość i...dobrze się bawiąc. Przetrwaliśmy razem...i mam wrażenie, że nigdy nie kochałam bardziej. I nikt nie kochał bardziej mnie.
Czasem mam wrażenie, że to aż dziwne, że ludzie potrafią tak kochać. Mocno. Nieprzerwanie.Zawsze chcąc dla drugiej strony jak najlepiej, umiejąc przy tym pamiętać o sobie. Z zaskakującym spokojem i pewnością pomimo świadomości zmian i tego, że nigdy nie można nie mówić nigdy. Tak długo.

Bo 10 lat to jednak spory kawałek czasu. Ponad 1/3 mojego całego życia. Skoro tak nam dobrze przez 10 lat, to, mimo że nie ma nic pewnego na tym świecie, to daje nadzieję na kolejne dziesięciolecie. I kolejne. Być może na Islandii, a być może jeszcze gdzie indziej, w zależności, gdzie nas los skieruje. Co my sami sobie wymarzymy. Bo chyba wymarzyliśmy też sobie, jako naiwne nastolatki, siebie w jakiś sposób. I dlatego możemy opowiadać wam tę historię. Razem, a nie osobno, mimo że to ja znajduję słowa.

Za oknem znów świeci piękne słońce. Ciekawe, ile jeszcze śniegu spadnie tego lata?




It comes and goes with waves

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

O powolnym znajdowaniu swojego miejsca i nowego domu, czyli o spokoju, który rodzi się po szalonych dniach.

Praca w restauracji to typowa praca dla emigranta. Praca na lotnisku, tam, gdzie przewijają się setki, tysiące, setki tysięcy ludzi, pędzący do swoich rodzin, domów, pracy, swojego miejsca. Chcący zaznać innego.
Bo jak inaczej zacząć w nowym kraju? Gdzie? Skoro szuka się swojego miejsca na Ziemi, czy może być lepsze miejsce niż to, gdzie łzy rozstań mieszają się ze łzami powrotów? To, gdzie uśmiechy, pośpiech, początek odpoczynku ducha i najgorsze jego szarpanie.
To wszystko mogę obserwować z okna mojej kuchni. Bo przez 12 godzin dziennie, od 8 do 12, parę dni w tygodniu, to moje miejsce. Tak, to prawda, nie mam za dużo czasu, by po prostu przystanąć i chłonąć tę lotniskową atmosferę, która, muszę przyznać, dość mi się podoba. PrzIynajmniej...na razie. Bo to coś nowego. Doświadczenie. Przygoda.
Wszystko jest przygodą. Wszystko jest nauką. Nawet banalna praca w tzw.gastro, z którą nigdy nie miałam do czynienia. I niektórzy mogą patrzeć na to jak na degradację społeczną. Z pracy w szpitalu , pracy w korpo, pracy za biurkiem.... Dla niektórych to nie do zniesienia. Poznałam tu już takiego człowieka.

Ale ja się uczę. Latam, biegam i sama nie wiem w co ręce wsadzić, kiedy pasażerowie kilku lotów robią nam istną inwazję na nasz gastronomiczny punkt. Tak, jestem po pracy zmęczona, choć nie bardziej niż po pracy w domu opieki. I być może praca w gastronomii szybko zacznie mnie nudzić, być wyzwaniem ale...póki co po prostu w tej bieganinie, pędzie, całkiem nieźle się bawię. Choćby wtedy, gdy śpiewam w kuchni razem z pewnym pół- Norwegiem, pół - Islandczykiem urodzonym na Grenlandii, śpiewam okropnie fałszując do jednej z moich ulubionych piosenek. A na pewno do jednej z ulubionych piosenek mojego Męża. Głośno, fałszując, tyle razy, że inni mają dość. Każe nam przerwać nawet ten niesamowicie cierpliwy Hindus, szef mojej zmiany, który od pierwszego dnia stale każe mi próbować swoich zup, które gotuje dla personelu i który zostawia dla mnie ten jeden kawałek ciasta, który rozpływa się w ustach. Kochany człowiek.
Mogę spokojnie wypoczywać na przerwach z pewnym Bułgarem, który pozornie trochę oschle, ale jednak troszczy się o nowego pracownika, tak, że nawet przynosi mu swój prywatny fartuszek. Nie trzeba nieraz za dużo mówić. Można rozumieć się bez słów, mimo, że zna się dobrze razem jeden i ten sam język. Ale nie trzeba.
Faktycznie, odnoszę wrażenie, że na tym lotnisku, w tej firmie, wszyscy są jak jedna wielka rodzina.
Pewnie niejedna osoba zadziała mi na nerwy. Z niejedną się pokłócę. To mała społeczność. Ale...czuję, że będzie dobrze. A tak jak mówił mi ów Norwegoislandczyk, najważniejsze to po prostu szanować ludzi, jednocześnie robić swoje i...dzięki temu się lubić. I nieważne co robisz, ważne z kim.
Zastanawiam się, czy wiedział, jak wiele miał racji, zanim przeszliśmy na temat anime.

Bo nie jest najważniejsze gdzie, tylko z kim.
Owszem, zaczynam tęsknić za przyjaciółmi. Staram się im przekazać tak wiele, jak mogę ale...nie da się przedstawić tak łatwo całego świata. Wszystkiego, co się przeżywa, jeśli przezywa się to tysiące kilometrów od siebie, daleko. A może to kolejna rzecz, której muszę się nauczyć. Trochę smutku, gdy ktoś ma urodziny, a ty nadal myślisz o tym, że "już nigdy" jak w piosence Świetlików i może naprawdę, już nigdy, bo teraz dzieli was też odległość. A może właśnie dzięki temu uda się więcej? Tak, to też rzecz do nauki.  Być blisko, mimo że jest się daleko. Bo jeśli się chce, to przecież wszystko można.

Ale nadal, najważniejsze to nie gdzie, lecz z kim. A jestem tu przecież z Mężem. Nie sama, w tym świecie, odległym jak Księżyc, choć będącym tylko i po prostu blisko koła podbiegunowego.

Powoli się aklimatyzujemy. Oboje. Nareszcie, po szalonych dniach, pełnych załatwiania każdej z kolejnych spraw, pracy, wdrażania się, mieliśmy czas na złapanie oddechu. Zjedzenie obiadu. Poleżenie w łóżku nago, oglądając serial. Mieliśmy chwilę dla siebie. Czułość i miłość ukrytą w najbanalniejszej prozie życia.
Wreszcie to miejsce, dzisiejszego dnia, stało się domem. Ten pokój, mały aneks kuchenny i łazienka w dawnej bazie wojskowej, wszystko będące jak kawalerka młodego, całkiem nieopierzonego małżeństwa. To stało się domem, ale nie dlatego, że mam gdzie spać, mam gdzie jeść, gdzie się umyć i nie mam za dużych wymagań. Nie dlatego, że tak naprawdę domu nie potrzebuję. Wicia gniazda. Mój dom to nie przedmioty, nie żadne znane kąty. To ten drugi człowiek obok mnie, mój Mąż. Ten, który sprawia, że jestem spokojna, ufna i bezpieczna. Szczęśliwa. Ten przy którym śpię spokojnie i którego po prostu kocham. W każdym czasie, spędzanym banalnie, jak przy krojeniu ogórków na mizerię. Spędzanym szalenie, jak podczas naszych niektórych wędrówek czy wspólnych imprez. Czasie, w którym uczymy się świata na nowo, jesteśmy jak dzieci i popełniamy błędy.

Bo ten świat jest nowy.  Ale jest piękny, w swej surowości i prostocie. W pustce. W lodowatym deszczu, śniegu z deszczem padającym w Beltane, mimo że to święto środka wiosny. A my mamy lato. Przecież...tu są tylko dwie pory roku. Zima i lato.
Najdziwniejsze lato mojego życia. 2 stopnie i kwitnące gdzieniegdzie krokusy.
Wczoraj też mieliśmy próbkę islandzkiego lata. Zacinający pod kątem  90 stopni deszcz, wiat który naprawdę nie pozwala ci iść. A ponoć, żeby wiedzieć, czy można tu żyć, nie wystarczy przetrwać lata. Tylko zimę.
Tak, o tej też wczoraj się nasłuchałam. Ponoć człowiek decyduje o tym, jak się ubrać i czy w ogóle wyjść z domu, patrząc na gnące się, stalowe latarnie. Gnące pod podmuchami wiatru. Nieraz ponoć tenże wiatr wyrywa je całkowicie, a one latają swobodnie, jak ptaki, które nocą polarną nie wiedzieć, gdzie się chowają. Cóż. Może będzie dane mi to przeżyć. Może uda nam się zostać na zimę, a nie tylko do października? Któż to wie?

Na pewno....chciałabym przeżyć swój pierwszy sztorm. Cudowny sztorm, który wyrzuca w głąb miasta krasnorosty. Sztorm, który liże cudowne wulkaniczne skały, których próżno szukać gdzie indziej poza Islandią i Hawajami  chyba.

Dziś bowiem, mając pierwszy dzień tak naprawdę wolny od wszystkiego, od wszystkich, mogliśmy nareszcie, wraz z pewną dziewczyną poznaną w samolocie, przejść się po mieście, w którym od teraz będziemy mieszkać przez pół roku. Mogliśmy wreszcie na spokojnie poznać ocean. Zimny, szary...piękny. Ten, w którym być może kiedyś zobaczę wieloryby. Ponoć w zatoce Keflaviku nie są tak rzadkie.




Zwykła wyprawa do banku, by założyć konta, okazała się prawdziwą poznawczą eskapadą. Krzyczące mewy. Nawołujące się sieweczki i kszyki. Moje mocne postanowienie, by nauczyć się nazw ptaków. Roślin. Wszystkiego. Po prostu wszystkiego, co mnie otacza.
Być może zostanę tu tylko na chwilę. Być może zostanę tu na dłużej. Ale tymczasem to mój dom. Mój dziwny spokój, może nawet ten zimowy. I moje nowe miasto, z którym, jak sądzę, jak najbardziej się polubimy.



Poza tym...czy nie sądzicie, że to cudowne miejsce na piwo pod zorzą?


Garść bonusowych obserwacji z Islandii:
- Wszyscy piją wodę z kranu, woda jest wszędzie za darmo. Nic dziwnego. To woda pochodząca z lodowców, krystalicznie czysty przesiąk. Jednak, jest przez to niskozmineralizowana. Musimy uważać na magnez, zwłaszcza, że w Islandii pije się ogromne ilości kawy, jak na całej północy i...bardzo łatwo to podłapać.
-Mam wrażenie, że rozumiem, dlaczego Islandki nie używają tony podkładu ani innych cudów na twarzy, tzw. tapety. Nie tylko dlatego, że nie ma to najmniejszego sensu, bo po prostu za chwilę zmyje ci do deszcz/ śnieg/ zwieje wiatr- nie! Mam wrażenie że od islandzkiej wody, pochodzącej z lodowca, podgrzewanej siarką....czyści mi się cera. A moja skóra staje się...magicznie czysta. Delikatna. Miękka ( podobnie jak włosy). Zawsze miałam z nią problem, myślałam, że po podróży będzie tragedia a tymczasem....dzieje się istna magia. Jakim cudem? Woda!
-Islandczycy naprawdę ubierają się na czarno/szaro/ granatowo. Ze swoimi mega kolorowymi ubraniami naprawdę jestem tu jak papuga.
-Do mleka dodawana jest witamina D. Można kupić takie bez niej, ale po co, skoro są w tej samej cenie. 
-Najtańsze owoce w każdym sklepie to, paradokalnie, banany. Myśleliśmy, że to przez słynne szklarnie w których Islandczycy hodują mityczne banany, bo nie mają co robić z nadwyżką energii geotermalnej. Szklarni póki co nikt nie widział, a nasze banany pochodzą klasycznie, z Ekwadoru.
-Keflavik, 5 co do wielkości miasto Islandii, jest jak wymarłe do godziny 11. Dosłownie. Spotkać człowieka na ulicy to cud. Pierwsze pojawiają się....biegające swobodnie, bardzo sympatyczne, zaczepiające nieraz ludzi dzieci. Cały czas zastanawiamy się, czy one...wracają ze szkoły, czy dopiero do niej idą?

Na dworze powoli, bardzo powoli zachodzi słońce. Nie słychać już krzyku sieweczek ani mew. Środek lata...a w środku zimowy- a może po prostu północny?- spokój. Taki jak u cudownego Olafura. 




czwartek, 26 kwietnia 2018

O tym, że wylądowaliśmy na innej planecie, czyli nadmiar emocji po pierwszej dobie na Islandii.

Setki, tysiące, miliony myśli. Jeszcze więcej emocji.
Tak, oto po pierwszym w życiu locie wylądowałam na Marsie. Tak można się poczuć lądując na lotnisku w Keflaviku, które otoczone jest...no właśnie, przez co?


Wsiadasz do autobusu i jedziesz do stolicy.
Jedziesz i widzisz...nic.
Skały. Ruda jeszcze trawa, bo przecież dopiero zaczęło się islandzkie lato. Lato, dobre określenie. Jest najwyżej 6 stopni. Wieje. Pada lekki deszcz, który, jak wiemy doskonale, może się zmienić po chwili w wielką ulewę. Albo w cudownie świecące słońce.
Jeśli nie podoba ci się pogoda, poczekaj 15 minut- zdanie, które usłyszałam jeszcze w Polsce. I ponownie na Islandii. I ponownie. I ponownie. Cóż. Przekonałam się już, że to zdanie prawdziwe.



Moje emocje już w samolocie zmieniały się jak w kalejdoskopie. Zachwyt, euforia. Podniecenie. I chwilowe spięcia w mózgu krzyczące co ja do cholery robię, co MY robimy? 
Zmieniamy swoje życie. Przeżywamy swoją przygodę.
Jesteśmy na Islandii. Wylądowaliśmy na Marsie. A może na księżycu. Bo to przecież w tym kraju ludzie, którzy mieli wylądować jako pierwsi na świecącym nocą pyzatym satelicie ćwiczyli. W tym miejscu przyzwyczajali się do miejsca, gdzie nie ma drzew. Są skały, skały i...och. Jest tu tak naprawdę wszystko.



Zmieniamy swoje życie. Czy kiedykolwiek sądziłam, że polecę tak daleko samolotem? Że zobaczę widoki, o których do tej pory czytałam w tak wielu książkach? Czy sądziłam, że odłożenie pieniędzy na dom w Filipinach, jak odpowiadał nam dzisiaj pewien budowlaniec, jest możliwe?

Zawsze wierzyłam w niemożliwe. A raczej, sądziłam, że go nie ma. Dziś, w pewien sposób udowadniamy, że niemożliwe nie istnieje. Można jak Alicja z Krainy Czarów uwierzyć w 3 niemożliwe rzeczy jeszcze przed śniadaniem, nawet jeśli twoje śniadanie to suchy chleb i herbata, bo po lądowaniu samolotem wieczorem nie było gdzie zrobić zakupów. Bo na Islandii sklepy pracują od 11 do 18, czasem zdarzy się coś 24h otwarte, ale ceny są tam horrendalnie wysokie. A nas po prostu na to nie stać. Jeszcze nie stać, bo przecież pierwszy miesiąc musimy jakoś przeboleć, dopóki nie dostaniemy islandzkiej wypłaty. To nie szkodzi.

Bo żeby spełniać marzenia, zmieniać życie, trzeba być odważnym. Trzeba umieć zdobyć się na wiele wyrzeczeń. Trzeba mieć też wspaniałych przyjaciół, którzy na nocy pożegnania zbierają dla ciebie pieniądze, które dają ci tuż przed wylotem tak, że cudem powstrzymujesz się od łez. 100 Euro, o których myślałam dzisiaj, jedząc zupkę chińską, która oprócz suchego chleba rano i kanapki z serem była moim jedynym posiłkiem. Ale to była magiczna zupka. Zjedzona na Islandii. Tak jak magiczny był suchy chleb, jedzony rano z dwoma dziewczynami z Polski, kupowany na 4 osoby w cudem znalezionej piekarni.



I to dopiero początek. Jak będzie dalej?
W tych wszystkich emocjach, w tych moich małych spięciach i odlotach jak na wielkim rushu przez ekscytację, czuję wielki spokój. Być może, udziela mi się ten słynny skandynawski, albo, uściślając, słynny skandynawski spokój. Bo przecież Islandczycy są jego mistrzami. Zauważyliśmy to już załatwiając wszystkie formalności. Im się nie spieszy. Oni mają czas.
W końcu to całkiem inna planeta. W końcu to kosmos. Wyspa pośrodku niczego, na której ziemia paruje a woda w kranie to wrzątek śmierdzący zgniłymi jajkami. Wiecie, że już pokochałam ten zapach? Wcale mi nie przeszkadza. I tak, zimna woda smakuje jak ta z górskiego strumienia.
Powietrze jest .rześkie i wilgotne. Czuć je na języku tak bardzo, że można nim żyć.

Nadal nie czuję, że rzuciłam wszystko, chociaż to rozumiem. Wszystko, oprócz najważniejszego, bo przecież jestem tu razem z Mężem. Tym, którego kocham najbardziej.


Nadal w jakiś sposób czuję się jak na wakacjach. Jakbym zupełnie nie szła już jutro do pracy, która pewnie nieraz mnie zdenerwuje.Jakbym przeżywała kolejną wędrówkę ale...czy Stachura nie miał racji pisząc, że wędrówką życie jest człowieka?
 Wszystko jest nowe. Zapachy. Widoki.

Nawet czas zakręca, bo przecież w Polsce jest 22.45 gdy piszę te słowa, a u mnie nadal jest jasno ( gwoli ścisłości, u mnie czas jest o dwie godziny przesunięty, mam 20.45).
Kruki w środku miasta oprowadzające nas podczas spacerów. Ośnieżone góry w tle. Kości wielorybów w przydomowych ogródkach. Wszystko pięknie, nowe i...nie do uwierzenia. Zaskakujące. Pewnie nieraz mnie przerazi. Zrazi. Zrani. Ale to nic.


Mogę zdzierać stopy o kolana o wulkaniczne skały. Mogę ślizgać się na lodowcu. O to przecież szło, prawda?


Wszystko jest inne. Nawet tak prozaiczna sprawa, jak ogrzewanie. Kaloryfery są tak gorące, że można się oparzyć i stale, ale to stale są otwarte okna, bo przecież tu grzeje ziemia, nie skręca się grzejników. To nic nie kosztuje.
Stolica, największe miasto w kraju ( około 120 tys mieszkańców, gwoli ścisłości) będące jak wymarłe, gdy człowiek gubi się na jego uliczkach. Gęsi pasące się na trawie przy sklepach. Kuce islandzkie niosące na grzbietach ludzi w jednym z niewielu lasów na Islandii.
Las. Miejsce, które my uznalibyśmy w Polsce za mały zagajnik.
Parujące w oddali wulkany, czy też pęknięcia w ziemi, z których wydobywa się para wodna. Wychodzący z ziemi wszędzie łubin, który zawsze należał do moich ukochanych kwiatów.

Pierwsze wrażenia są trudne do opowiedzenia. To tysiące myśli, emocji. To przecież inny świat, w którym nigdy nie byłam, a który mamy zamiar podbić. Nie będzie łatwo. Ale kto powiedział, że podbój kosmosu i kolonizacja nie wymagała poświęceń?

Jutro pierwszy dzień pracy, tak naprawdę. Trzymajcie kciuki.
Tymczasem ja spróbuję zasnąć w świecie, gdzie słońce coraz krócej będzie spać.
Bez odbioru.


Chociaż przemierzyłem sto tysięcy mil
Czuję się niezwykle spokojny
I myślę, że mój statek kosmiczny wie, dokąd lecieć. 

PS. Zdjęć nigdy nie robię. Zawsze robi je mój Mąż. W tej kwestii jestem beztalenciem.
I kiedy w końcu dostaniemy wypłatę, kupimy sobie porządny aparat. Te dzisiejsze, robione telefonem, pochodzą głównie ze spaceru w okolicy tzw Red Water w stolicy.

środa, 25 kwietnia 2018

O tym, że chce mi się płakać i śmiać, czyli o nowym uczuciu szczęścia.

Całe życie spakowane do dwóch plecaków.

kilkadziesiąt rzeczy wyrzuconych. Kilkadziesiąt rozdanych. Czerwona sukienka ślubna wisząca w cudzej szafie. Dawne pamiętniki oddane tej, której ufa się tak bardzo, jak i tej od sukienki. Książki, mój jedyny majątek w dobrych rękach, między którymi będą krążyć.
Koty, takie trochę nasze dzieci, na pół roku będące pod opieką tych, których kochamy i którym ufamy. Przyzwyczajone do nowego domu, ale jeszcze nie do naszej nieobecności. To sprawa, że chce mi się płakać.

Najważniejsi ludzie pożegnani. Niektórych nie zobaczę przez pół roku, a może i dłużej. Niektórych, wiem to, nie zobaczę wcale. To cena za zmiany. To też powoduje, że chce mi się płakać.

Pożegnane zostało miasto, w którym spędziliśmy 7 lat swojego życia, mieszkając, ucząc się i pracując. Długim spacerem, piwem ze znajomymi i kawą w mojej ukochanej teatralnej dziupli. To powoduje wzruszenie i moment, w którym budzi się sentyment. Nawet to trochę powoduje, że chce mi się płakać.

Ale przede wszystkim chce mi się śmiać.To we mnie dominuje, to we mnie wybucha podskórnie, jak małe supernowy rodzące się w mojej krwi, w mojej duszy. Przede wszystkim czuję radość, ekscytację i w pewien sposób chce mi się tańczyć. Pewnie przed pierwszym lotem samolotem rozboli mnie brzuch ze stresu. Mam świadomość, że nie będzie łatwo, nieraz będę sfrustrowana przez barierę językową. Pewnie niezmiernie zatęsknię, gdy wszystko, naprawdę wszystko do mnie dotrze.
Bo czy teraz tak naprawdę dociera?
Czy naprawdę rozumiem, że dzisiejszej nocy będę spała w Reykjaviku, kameralnej, zimnej stolicy?
Czy rozumiem, że za parę godzin naprawdę  wywracam do góry nogami prawie 30 lat swojego życia?
Czy naprawdę rozumiem, że zaczynam największą przygodę życia i kto wie, może już w weekend zobaczę zorzę polarną?

Całe życie spakowane do dwóch wojskowych plecaków. A przy mnie ten, przy którym nie boję się niczego. Nawet ślizgania się po lodowcu i wulkanów.
Następnym razem, gdy napiszę, będę już mieszkać w Islandii. Tymczasowo, na pół roku, a może już na zawsze. Kto wie.

Trochę chce mi się płakać. Bardzo chce mi się śmiać. Tak, to chyba kolejny rodzaj uczucia szczęścia.
Trzymajcie kciuki.



Mam moje serce na widoku, na zewnątrz.
To uczucie z którym nie mogę walczyć. 
W każdej chwili, w każdej chwili kiedy płaczę, kiedy się śmieję. 
To uczucie, z którym nie mogę walczyć.